Zdalna wojna

Polacy w czasach PRL-u do perfekcji opracowali kilka zjawisk społeczno-gospodarczych, które pozwoliły im przetrwać te mroczne czasy. Należała do nich np. turystyka handlowa – z kryształami i ręcznikami frotte na Węgry, do ZSRR z jeansami w zamian za złoto, do Rumunii z biseptolem jako środkiem antykoncepcyjnym, a po tanie ciuchy do Turcji itd. Według niektórych pewnym elementem walki z systemem socjalistycznym w gospodarce miał być także lekceważący stosunek do pracy, „olewanie jej”, bumelanctwo oraz symulanctwo. Obowiązującym hasłem było „czy się stoi, czy się leży dwa tysiące się należy” (oczywiście ówczesnych tysięcy złotych). Zgrabnie pokazywała to np. komedia pt. „Nie lubię poniedziałku” (np. „przerwa śniadaniowa czy obiadowa” przy kiosku z piwem) z 1971 roku, czyli z samego środka PRL. I cóż z tego, że naśmiewano się z tych zjawisk i je piętnowano. Nic nie potrafiło ich zmienić. Aż przyszedł czas polskiej gospodarczej transformacji. I nagle okazało się, że to nie praca szuka człowieka, ale człowiek pracy. Popularne hasło o staniu i leżeniu przestało być aktualne. I choć nauczyliśmy się cenić i szanować pracę, to jednak ten diabełek polskiej przekory czasami gdzieś tam siedzący na ramieniu sączy do ucha Zło w czystej postaci i namawia do grzechu np. symulowania. Okazuje się, że zebrał on spore grono zainteresowanych m.in. wśród pracujących zdalnie. Bo przecież jak mówi stare polskie przysłowie: „czego oczy nie widzą tego sercu nie żal”. Przekładając je na dzisiejsze czasy może brzmieć ono w ten sposób: „jak czegoś szef nie widzi, tym lepiej trawi i śpi spokojniej a robota nie Pendolino i tak się zrobi”. Idealnie do tej sytuacji może pasować też inne hasło z czasów PRL: „Ważne, żeby się nie narobić, a zarobić”. Wielu pracodawców odpowiada na to innym popularnym hasłem socjalizmu: „Ufać, znaczy kontrolować”.
I tak od kilku lat toczy się ta wojna postu z karnawałem. Pracodawca usiłuje złapać zdalnego pracownika na „olewaniu” obowiązków służbowych np. śledząc pracę kursora na monitorze. Ten drugi z kolei stara mu się udowodnić, że jak typowy pracoholik od komputera nie odstępuje. I tu w sukurs przyszła mu pewna technologiczna nowinka. Już w styczniu ubiegłego roku media informowały o pewnym magicznym urządzeniu, które pozwala symulować pracę. W dodatku tanim i łatwo dostępnym. Bo, jako że praca zdalna, przede wszystkim opiera się na siedzeniu przy komputerze, jak więc przechytrzyć wroga, czyli szefa, że cały czas aktywnie działamy przy „kompie” i nie omijamy służbowych obowiązków? Otóż za pomocą małej wtyczki USB, która symuluje ruch komputerowej myszki. Urządzenie kosztujące ok. 70 złotych szybko podbiło rynek i stało się hitem sprzedażowym. Działy IT w firmach nie były w stanie wykryć wtyczki, ponieważ rozpoznawano ją jako mysz komputerową, a nie USB. W internecie pojawiły się także inne rady od specjalistów symulacji jak zapobiegać przejściu komputera w stan uśpienia. Ale jak wiadomo każda akcja rodzi reakcję. Na początku czerwca tego roku media obiegła wieść rodem z USA. I chyba wzbudziła spore obawy wśród symulantów. Otóż jeden z największych amerykańskich banków – Wells Fargo & Company, posiadający ponad 8 tysięcy placówek i zatrudniający ok. 200 tys. pracowników, zwolnił kilkunastu z nich za „Stwarzanie wrażenia aktywnej pracy”. A mieli oni właśnie wykorzystywać specjalne urządzenia do symulowania działania klawiatury. Pewnie z doświadczeń banku skorzystają inni pracodawcy. I niektórym zdalnym zrobi się przy komputerach niemiło.
Może więc lepiej zamiast angażować czas i siły pracodawców na śledzenie pracowników a tych drugich na wyszukiwanie metod przechytrzenia szefów jasno sformułować przepisy dotyczące pracy zdalnej? Może lepiej rozliczać ze ścisłe określonych zadań do wykonania a nie z czasu jaki poświęcono na ich realizację?




